To była ciekawość, impuls. Bo cóż więcej? Chociaż z drugiej strony pamiętam, jak prof. Teresa Grzybkowska zwykła mawiać, iż pisać należy tylko i wyłącznie o tych obrazach oraz rzeźbach, które zna się z autopsji. A przecież o tym dziele Vonki w Berlinie my już trochę wiedzieliśmy, już je „odkryliśmy”, czytaliśmy o nim, podziwialiśmy je [il. 1]. Tyle tylko, że … na odległość. Nie dane nam było go tylko jeszcze zobaczyć. Zresztą sami berlińczycy go nie docenili. Przez lata uważali, że ozdoba wejść do usytuowanego nieopodal Sprewy budynku dawnego Domu Niemieckiego Rzemiosła (Haus des deutschen Handwerks), na rogu Neustädtische Kirchenstraße i Dorothenstraße, to młodzieńcza praca Fritza Kühna (1910–1967), wybitnego metaloplastyka, fotografa, pisarza i bohatera filmu Żywe żelazo z 1954 r. Także i dziś te dwie kraty powszechnie uchodzą za dzieło tego wszechstronnego berlińskiego artysty. Bo kto inny, jak nie Kühn mógł wykonać tak niezwykłą realizację? O Vonce nikt nie pamiętał. Może go tutaj nie chciano, może było to niepożądane, zbyteczne, kłopotliwe? A wrocławianin pozostawił w stolicy Niemiec w 1937 r. jedną ze swoich najlepszych prac. Opatrzone mieszczańską sentencją głoszącą, iż „Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” („Sich regen bringt Segen”) [il. 2] i z rzemieślniczymi bohaterami. Zapewne najbliższymi sercu samego artysty. Murarz, cieśla [il. 3], malarz, kominiarz i oczywiście kowal. Ten ostatni jeszcze dwukrotnie powtórzony w partiach zwieńczenia bram – postawni mężczyźni w otoczeniu cechowych godeł zajęci obróbką kęsów żelaza [il. 2]. Przesłanie dzieła czytelne – kowalstwo ponad wszystko!

Więc drugi dzień świąt, na autostradzie śnieżna zamieć, jedziemy do Berlina, po to, żeby zobaczyć to „zapomniane” dzieło wrocławskiego kowala. Co nas do niego prowadzi? Przede wszystkim chęć spotkania …. samego Vonki. Bo kolejny już raz nasz bohater zostawił w swoim dziele szczególny ślad autorstwa, jakby własnoręczny „podpis”. Swój …. autoportret. Ta twarz figurki kowala z charakterystycznym podbródkiem, takim, jaki oprócz Vonki miał zapewne tylko Kirk Douglas (w jednym z filmów tłumaczył jego kształt tym, iż to efekt ustawicznego podpierania głowy ręką ozdobioną wielkim sygnetem), nie może być przypadkowa [il. 4]. Takiego Vonkę odnajdujemy w Ratuszu wrocławskim (figurka Kata), takiego też odkrył Jacek Witecki w sylwetce Wędrowca w kracie Piwnicy Świdnickiej. Takiego także spodziewaliśmy się zastać w Berlinie. A oprócz niego także coś, co kolejny już raz utwierdzić nas miało w przekonaniu o geniuszu „Hefajstosa z Breslau”. Niepozorną figurkę „bylekogo”, jakby szmacianą laleczkę o plastelinowej twarzy i ortopedycznej dysfunkcji, wtórnie wstawioną w tę dekorację [il. 5]. Ona na pewno nie „wyszła” spod młotka Vonki. Została tutaj uzupełniona, być może po 1945 r. Swoją obecnością w złośliwy sposób dezawuuje jakość całego dzieła. Dzieła doprawdy niezwykłego. Pełnego kunsztu sztuki kowalskiej. Tych zlevelowanych subtelności i jednocześnie gradacji ekspresji, które jakże łatwo uzyskać w glinie, trudniej w drewnie, a już sztuką jest osiągnąć taki poziom plastyczności formy w kamieniu. W żelazie jednak wydaje się to po prostu niemożliwe. Ale nie dla Vonki. W tych pociesznych, sympatycznych figurkach braci Straubingerów, w tych legendarnych wędrownych czeladnikach korzystających z życia pełnymi garściami, Vonka „zostawił” nam fragment swojego niezwykłego talentu.

Docieramy do Dorothenstraße. I tu przykra niespodzianka. Opuszczony budynek, niezagospodarowane i niezarabiające na siebie przestrzenie. Jakież to wschodnioberlińskie. Nie ma także krat. Albo gdzieś zabrane, albo przesłonięte taflami niemej blachy? [il. 6] Porażka. Wokół pustka, nie ma kogo zapytać, wszyscy w Berlinie zebrali się już gdzie indziej. Zewsząd dochodzący zapach cynamonu odprowadzał nas od pustostanu, od celu naszej wyprawy i głucho zabitych jego podwoi. Z „rosyjskimi księżniczkami” (Olgą Zofią i Niną Magdaleną, a prywatnie moimi córkami) trafiamy na Rynek Żandarmerii. W pobliżu hugenockiej katedry, w centrum świątecznych cudów (Weihnachts Zauber) i w otoczeniu jabłek w czerwonym karmelizowanym cukrze, kandyzowanych truskawek, winogron i bananów w czekoladzie. Magia. Na to wszystko padają ażurowe płatki śniegu. Już powoli wracamy. Trochę smutni, zawiedzeni … W wonnej aurze, ale bez vonkowej przyjemności.

Zdjęcia z 2010 r. pochodzą z archiwum autora i z:

http://mitue.de/?tag=fritz-kuhn

https://www.flickr.com/photos/gzzt/3713763586/in/photostream/

 

Piotr Oszczanowski