36

W hołdzie Markowi Krajewskiemu
z wyrazami uznania za to, że odkrył przed nami niezwykły, zapomniany świat. Świat urzekającego piękna i bezrozumnego zła, do którego należał także Jaroslav Vonka

Bardzo pijany Mock, trafiając niedopałkiem na ceratę zabrudzonego już ponad miarę stołu, na którym żałośnie walały się frędzle zabielanej kapusty na ciepło – wbrew nadziei, jaką wzbudził w nim łyk otrzeźwiającej kminówki – patrzył bezrozumnie spode łba na nowego gościa, który przekroczył próg przybytku Truscha. Skąd on go zna? Taki niespójny, wieloznaczny, …. Identyczny płaszcz, jaki miał on na sobie, widział jakiś czas temu wieczorem na podświetlonej witrynie u Petersdorffa, takiego kapelusza nie nosił Zupitza, z którym przed chwilą się rozstał. Tylko te ręce … z opuszkami przeoranymi czarnymi szramami, z dziwnymi bliznami na paliczkach, takie robociarskie, umęczone … … Zaraz, zaraz … czy to przypadkiem nie ten kowal ze szkoły Heyera na Bernardyńskiej? Pamięta go, jego spowolnione, kocie ruchy, ten fatalny akcent, na poły sepleniący, zawsze zmiękczający końcówki. Zapamiętał go przez tego jego rumianego ucznia – Girtsa czy też Gertha – którego kilka lat temu przymknął pod pomnikiem Zwycięstwa na promenadzie pod Szkołą Sztuk Pięknych. Głupi był, że robił to tak blisko swojej pracy i pod okiem mentora. To on przyszedł do niego i wyciągnął gówniarza z dołka. Coś mówił, że bez tego pomocnika nie skończy jakiś prac przy elektrowni wodnej … coś tam grodził, ozdabiał. Mock patrzył z coraz większym zaciekawieniem na zbliżającego się do niego człowieka, a kątem oka obserwował spadający żar z papierosa, którego przed chwilą znowu zapalił, na jego nowy krawat od Rotsiegla podarowany mu przez Karen. Otępiały, przez chwilę zastygł w bezruchu, potem szybko strzepnął żar, który potoczył się na ceratę. Jak żywy rubin. I nagle … sękaty kciuk, który docisnął te 1000 stopni Celsjusza, tę lawę, tak od niechcenia. To musiało chyba boleć? Podniósł głowę. Właścicielem kciuka był … tak, to był Vonka, bo tak chyba się nazywał ten czeski kowal, podobno też profesor. Postawny, o profilu takim, jak Hans Albers w Madeleine, tylko te ręce …. Gdy jedna z nich wyciągnęła się do niego w geście powitania zobaczył na niej coś w rodzaju tatuażu z opiłków żelaza. Taka nigdy niegojąca się rana. Był zbyt pijany … zdążył jeszcze kurtuazyjnie wycedzić „panie Vonka, pan jest równy gość, a my jesteśmy do siebie tak bardzo, bardzo podobni. Obaj wszak kochamy … kraty”. Potem już tylko w myślach … jak to było … „ignis, quo clarior fulsit, citius exstinguitur”. Czy dobrze to zapamiętał, czy też się pomylił? Pieprzone destylaty Schirdewana, co one robią z człowieka? Nie powie tego na głos, sprawdzi później w Senece. Jego „ognisty” gość tego nie zrozumie, szkoda gadania. Mylił się ….

Piotr Oszczanowski
nieudolnie naśladujący za przyzwoleniem Marka Krajewskiego, któremu dziękuje i za to