Zafascynowany jestem tematem anioła w sztukach pięknych. I tym ustawicznym zmaganiem się artystów, którzy pragną boskim posłańcom nadać ziemską cielesność, uczynić je zarówno niebiańsko ezoterycznymi, jak i zmysłowo ludzkimi. Takie wieczne poszukiwanie ideału koniunkcji. Ukojeniem dla mojej wyobraźni stały się manierystyczne anioły, a we Wrocławiu zwłaszcza te, które wyszły spod ręki Gerharda Hendrika z Amsterdamu. To właśnie jego „brzemienne” anioły – jakie pozostawił po sobie w epitafiach Fürsta i Anfanga, w nagrobku Weisskopfa lub „wyeksportował” do Żórawiny i Kobylina – były do tej pory tymi, w których istnienie gotów byłem uwierzyć. Ale w „Stwórczych rękach” odkryłem zupełnie inne. Takie, których kształty „zmaterializowali” w swoich dziełach wrocławscy twórcy doby modernizmu. Wiotkie, gibkie, esofloresowate, jak szansonistki przedwojennych rewii i kabaretów czy też, jak anorektyczne modelki na wybiegu w Mediolanie. Jakże podobne do tej, którą spotkał w Berlinie Joseph Sternberg i uczynił gwiazdą czarnobiałego kina. Uduchowione, z pozoru prawie nieobecne i nierealne, ale przez to w dwójnasób działające na wyobraźnię. Zapewne po „służbie” potrafiące z gracją palić papierosa trzymanego w dystyngowanie uniesionej dłoni i używać niecenzuralnych słów, aby wyrazić swoje uczucia; kobiety wyzwolone, które do perfekcji opanowały sztukę nadawania przeczeniu wymiaru akceptacji. Każda z nich to blaue Engel, któremu to na niebiańskim „etacie” przyszło wsłuchiwać się w ludzkie skargi i prośby, pełnić rolę medium oraz być stróżem zagubionej na ziemi istoty. A przy tym roztańczone, rozśpiewane, zawirowane, linearne. Takie twiggowate anioły odnajduję w wyrobach złotniczych Ericha Adolfa w kościołach św. Maurycego we Wrocławiu [il. 1]  i u oo. Franciszkanów w Raciborzu; takimi zapełnili swoje kraty w Branicach Utinger i Vonka [il. 2 i 3]. To one za dnia „grają Panu na harfie, grają Panu na cytrze, chwalą śpiewem i tańcem cuda te fantastyczne”. A gdy zapada …

Piotr Oszczanowski